1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc