1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym