1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały