1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone