1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto