1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej podzielonej Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały