1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił