1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały