1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców które bezwstydnie Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany