1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając