1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką