1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców które bezwstydnie Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory