1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane