1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy