1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców które bezwstydnie kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę