1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami