1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej podzielonej ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały