1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę