1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia