1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone