1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie