1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc