1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej podzielonej Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym