1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej