1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową