1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów