1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej