1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych