1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów