1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi