1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą