1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły