1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała