1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców które bezwstydnie sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory