1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę