1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka