1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki