1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni