1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał