1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia